A
A
A
szukaj
wersje językowe Polski English
Wydarzenia
26 02 2005 Jakobini rządzić nie będą Obchody rocznicy Powstania Warszawskiego i otwarcie Muzeum Powstania - niewątpliwy sukces Lecha Kaczyńskiego - traktowane są jako wzór ożywiania heroicznej przeszłości..
Na prawicy najbardziej dynamiczna wydaje się Liga Polskich Rodzin. Ale nie widzę zagrożenia dla demokracji i rozwoju Polski. Zróżnicowane społeczeństwo szybko zareaguje na wszelkie próby ideologizacji życia publicznego. Nie da się podporządkować ideałom jednej orientacji politycznej - mówi ALEKSANDER SMOLAR * Adam Leszczyński, Piotr Stasiński: Pan, zwolennik lustracji, nie jest dziś zachwycony ekscytacją wokół tajemnic ubeckich teczek, którą wywołał postępek Bronisława Wildsteina. Dlaczego? Aleksander Smolar: Byłem i jestem zwolennikiem lustracji, bo uważałem, że wymaga tego sprawiedliwość i konieczność przywrócenia poczucia godności ofiarom PRL. Nie można mówić o krzywdzie, nie mówiąc o krzywdzicielach, ani sławić bohaterstwa, nie mówiąc o kanaliach i ich nadzorcach. Odwracanie się od przeszłości w imię przyszłości zawierało kiczowatą, wyzbytą wymiaru tragicznego wizję historii. Broniłem idei lustracji także dlatego, że obywatele mają prawo wiedzieć wszystko, co jest konieczne, by ocenić polityczne i moralne kwalifikacje ludzi aspirujących do władzy. Nie miałem też wątpliwości, że sprawa odpowiedzialności ludzi dyktatury jeszcze wybuchnie. I wybuchła - w postaci listy Wildstei-na, która niespecjalnie godzi w ludzi dyktatury, bardziej zaś w tych, którymi na zlecenie ludzi dyktatury szczególnie interesowała się SB. - Lista Wildsteina stawia nas wobec dwóch problemów. Jeden to krzywda ludzka. Dziesiątki tysięcy osób znalazły się w sytuacji posądzonych o czyny haniebne tylko dlatego, że UB chciała zrobić z nich donosicieli, o czym często nie wiedzieli. Ich nazwiska rozpowszechniono na równi i razem z nazwiskami ubeków i agentów. Teraz drugą próbę ich upodlenia podejmują, w imię sprawiedliwości i moralności, niezłomni wrogowie PRL-owskiego truchła. Tysiące porządnych ludzi wystaje w kolejkach do IPN, by uzyskać - używając języka Jadwigi Staniszkis - "świadectwo moralności"! Jest dość zabawne i zarazem smutne to, że prymas Glemp i paru biskupów akceptuje logikę: "gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą". Widzę wióry, gdzie są drwa? Drugi problem to szacunek dla prawa. Oto "sprawiedliwy" - pracownik IPN, który wyniósł listę, ale nie miał odwagi cywilnej, by wystąpić z odsłoniętą przyłbicą - oraz jego rzecznik Bronisław Wildstein biorą w swoje ręce oddanie sprawiedliwości widzialnemu i niewidzialnemu światu. W środku Europy, w imię rządów prawa, "prywatyzują sprawiedliwość". Dla naprawy Rzeczypospolitej okazują pogardę wobec ducha prawa! Co więcej, w geście Wildsteina i jego kolegi - czy kolegów - jest coś absurdalnego. Za parę miesięcy do władzy dojdą PO i PiS. Mogłyby w majestacie prawa zmodyfikować ustawę o lustracji, IPN i sposobie korzystania z jego archiwów. Nasi mściciele odebrali prawicy taką szansę. Wielu przywódców opozycji pragnie symbolicznego zerwania nie tylko z rządami SLD, ale z całym 15-leciem. Nie mają jednak, jak się zdaje, dobrego pomysłu. Wszystkie wielkie decyzje już zapadły. Zmienić konstytucję będzie trudno. Nawet zastąpić czwórką trójkę przy nazwie Rzeczypospolitej nie będzie łatwo. Jarosław Kaczyński mówił ostatnio o skandalu głodnych dzieci jako pierwszym wyzwaniu, przed którym stanie nowy rząd. Intencja szlachetna, sprawa ważna. Ale trudno ją uznać za symbol politycznego zerwania z przeszłością. Anarchistyczni radykałowie prawicy odebrali prawicy szansę mocnego uderzenia. Według lutowych sondaży ponad połowa Polaków uważa, że lustrację trzeba przeprowadzić, chociaż twierdzi, że to pogorszy atmosferę w kraju. Wielu ludzi, także występujących w mediach, akceptuje postępek Wildsteina. Dlaczego? - To, co się dzieje w polityce, zwłaszcza od przejęcia rządów przez Leszka Millera i jego partię, wywołało rewoltę moralną, która domaga się zadośćuczynienia. Uwikłanie w afery ludzi z SLD musiało postawić problem związku ich biografii z patologią władzy. Zapach tajnych służb w najwyższych sferach biznesu nasuwa pytanie o przywileje, z których korzystali i korzystają, oraz o działania tajnych służb w partykularnym interesie lewicy. Na to nakłada się prosta i wpływowa wizja rzeczywistości - popularyzowana przez naszych specjalistów od materializmu detektywistycznego - gdzie dominują spiski, macki i pajęczyna przestępczych sieci. Wielka dynamika afery teczkowej ma źródła "na dole" i "na górze". "Na dole" - w rewolcie moralnej niedocenianej nie tylko przez lewicę, ale i często przez ludzi centrum, którzy głównie mówią o - skądinąd prawdziwych - osiągnięciach, o umiarze i spokoju, którzy boją się mocniejszych słów, bo widzą w nich potencjalną przemoc. Mocne słowa dziś raczej staniały, prześcigają się w nich politycy. A rewolcie moralnej, o której Pan mówi, wyszły naprzeciw media, energicznie opisując nadużycia władzy. Ludzie to chyba widzą... - Media mają na pewno swój udział w podgrzewaniu atmosfery - przeważnie dobry, czasami zły. Paradoksalnie, ujawnianie prawdy pogłębia w społeczeństwie uczucie wyobcowania. Im bardziej obnaża się zło, tym silniej obraz zła utożsamia się w oczach zwykłego człowieka z polityką. Można przypuszczać, że dziś, dzięki prowadzonej od dwóch lat kampanii, afer jest już mniej. Na skali wolności gospodarczych publikowanej przez konserwatywny "The Wall Street Journal" Polska wyraźnie awansowała, a więc również teoretycznie zmniejszyły się możliwości korupcyjne. Społeczeństwo dostrzeże to jednak z dużym opóźnieniem, prawdopodobnie wraz ze zmianą władzy. Teraz widzi nagromadzenie zła, na które reaguje wrogością do klasy politycznej, zapowiadaną wysoką absencją w wyborach. Z drugiej strony afera teczkowa ma źródła "na górze", w woli sił politycznych i intelektualnych prących do władzy, które chcą zrównać z ziemią przeciwników z lewa i z centrum, odegrać się za rok 1989 - za model przemian, którego nigdy nie akceptowały, chociaż nie miały realistycznej alternatywy. W "operacji Wildstein" można też widzieć świadomą walkę o obraz przeszłości i teraźniejszości w świadomości Polaków. Przed 11 laty, gdy SLD po raz pierwszy szedł po władzę, pisałem na tych łamach - krytykując przeciwników, ale i politycznych przyjaciół - o "przegranej bitwie o pamięć". Teraz z różnych stron widać próbę rewanżu. Wolę odbicia pamięci społecznej, w której pozostaje wiele nostalgii za PRL, dla której Jaruzelski i Gierek są ciągle bohaterami. W kategoriach politycznych dąży się do przywrócenia klarownych podziałów na "komunę" i "antykomunę". Afera teczkowa ma odegrać istotną rolę w oddzieleniu dobra od zła, w uzyskaniu "prawdziwego zwycięstwa" nad PRL, rzekomo zaprzepaszczonego w 1989 r. Przecież polskie problemy nie dadzą się sprowadzić do knowań SB i jej agentów! Jak prawicy udało się sprzedać Polakom teorię, że zło ostatnich lat ma źródło w dawnych komunistycznych i esbeckich układach? - Udzielano różnych odpowiedzi na pytanie o źródło zła w naszym życiu publicznym. Leszek Miller i SLD odsądzali od czci i wiary rząd Jerzego Buzka i AWS, widząc tam źródła demoralizacji, korupcji i warcholstwa. Dziś już o tym nie mówią, choć warto pamiętać o ówczesnej kompromitacji prawicy i centrum. Inni, wraz ze sprawą Rywina, oskarżali Millera i grupę, która wokół niego się uformowała. Popularyzowano też interpretację, że źródeł zła trzeba szukać w masowym powrocie PZPR-owskich aparatczyków do triumfującego SLD. Na drugim końcu znaleźć można interpretacje rodem z krakowskich stańczyków o cechach naszego społeczeństwa, o braku kultury prawnej, nieliczeniu się z władzą i dobrem wspólnym. Inni jeszcze - głównie liberałowie - oskarżali "zsowietyzowane" społeczeństwo o rewindykacyjny stosunek do państwa, bierność, oczekiwanie, że inni rozwiążą wszystkie problemy. Ta postawa ma rozdymać państwo i tworzyć warunki do wszechobecnej korupcji. Do tego dochodzą różne krytyki partokracji, traktowania państwa jako łupu przez siły polityczne, SLD miał tu być tylko sprawniejszy i bardziej pazerny od innych. Można też wskazywać na analizy dowodzące upadku autorytetów poza polityką, na negatywne zjawiska w służbie zdrowia, nauce, edukacji, wśród prawników i nawet księży - relatywizujące wyjątkowość zła, które zalęgło się w polityce. Wszystkie te hipotezy i interpretacje zawierają cząstkę prawdy, choć oczywiście nie taką samą. Pokazują złożoną naturę naszych problemów. Obecnie zdaje się dominować interpretacja widząca przyczynę zła w "czerwonych", którzy przy pomocy starych i nowych służb panują nad społeczeństwem, państwem i gospodarką. Milczenie zamkniętych teczek ma być podstawą władzy opartej na kłamstwie i strachu. Gdy więc Wildstein odsłonił nam tę rzeczywistość i różni ludzie, czasem utytułowani, powiedzieli: "Oto prawda", wszyscy rzucili się do ujawnionego źródła wiedzy. Esbeckie powiązania nie wyjaśniają wszystkich przyczyn korupcji. Dlaczego więc wielu zwolenników rozszerzenia lustracji wierzy, że oczyści nas ona także z korupcji? - Korupcja jest traktowana jako jeden z przejawów zła i jest tylko jednym ze źródeł popularności teczek. Nie bez znaczenia jest obecny udział w wielkiej polityce czy powrót do niej ludzi i formacji, którzy nigdy nie uznali umowy Okrągłego Stołu. "Newsweek" cytował Romana Giertycha, który powiedział mniej więcej: Polacy uzyskali w 1989 roku pseudodemokrację, która została im wkrótce skonfiskowana. Takich ocen spotkać można więcej, nawet ze strony ludzi, od których można by oczekiwać pewnego rozsądku. Popularność teczek ma też wymiar pokoleniowy. Redaktor naczelny pewnego prawicowego pisma, który stał się niezwykle wyważonym analitykiem, gdy odnalazł swoje nazwisko na liście IPN, porównał to, co się dzieje, z Marcem '68. Podkreślał wymiar walki pokoleniowej w ramach klasy rządzącej: politycznej, intelektualnej i dziennikarskiej. Wyraźnie widać, dowodził, wolę skompromitowania tych, którzy przewodzili przemianom, i obalenia dotychczasowych publicznych autorytetów. Rzeczywiście, tego typu aluzje padały m.in. wobec Deklaracji Krakowskiej [przestrogi przed politycznym radykalizmem podpisanej przez krakowskich intelektualistów - red.] i przy różnych próbach rozprawienia się z "Tygodnikiem Powszechnym". "Pokażmy, jak skorumpowani są ci, którzy się podają za wzory moralne, za intelektualne szczyty, za politycznych wielkich mężów stanu". Niskie motywy nie tłumaczą jednak wszystkiego. Ludzie młodzi, którzy korzystają z "łaski późnego urodzenia", są z natury rzeczy mniej tolerancyjni wobec dwuznacznych biografii i dwuznacznych zachowań, nawet jeżeli były później okupione prawdziwym heroizmem. To wielki dar wolności. Ludzie młodzi żyją w czasach, w których nie muszą dokonywać dramatycznych politycznych wyborów ani też bać się policji. Nie znaczy to, że są herosami, że nie zachowują się oportunistycznie albo nie są ludźmi małego formatu ze stu innych powodów. Zapewne można też mówić o wymiarze pokoleniowym powodzenia teczek w szerszym sensie. Młodzi wchodzący w dorosłość mają za wzór pokolenie lat 90. przy znacznie dziś mniejszych możliwościach awansu. Aby oczyścić horyzonty kariery, "wyższość moralna" młodości obraca się przeciwko tym, którzy życie mają już częściowo zapisane. Konserwatywny bunt Czy młodzi popierają lustracyjną rewolucję tylko dlatego, żeby usunąć starszych ze stanowisk? Może chodzi im o rewolucyjny powrót do tradycyjnych wartości? Byłby to zresztą paradoks, bo konserwatyzm z definicji jest antyrewolucyjny. Uczę studentów pierwszego roku na uniwersytecie i jestem zaskoczony, jak bardzo są konserwatywni. Nawet na poziomie języka - podczas zajęć inteligentna dziewczyna mówi np., że liberał "to człowiek, który w nic nie wierzy". Powszechnie akceptują, przynajmniej werbalnie, także bardzo konserwatywne poglądy na małżeństwo, rodzinę i prawa mniejszości. - Oczywiście, konserwatyzm ludzi młodych ma wiele korzeni. Nie wspominam roli Kościoła i Papieża, bo to oczywiste. Sądzę, że dotarła do nas fala konserwatyzmu, która po półwieczu dominacji na Zachodzie myśli lewicowej i liberalnej zdobywa od połowy lat 70. coraz silniejsze pozycje. Chociaż niekoniecznie w polityce. Nie miejsce tu na analizowanie przyczyn i trwałości zjawiska. Dziś np. szeroko kwestionuje się tezę, że proces modernizacji prowadzi do spychania religii do sfery prywatnej i jej stopniowego zaniku. Ten pogląd dominował przez kilkadziesiąt lat w pracach naukowych i publicystyce. Dziś - w obliczu przebudzenia islamu, konserwatywnej rewolucji w USA, tradycyjnej obyczajowo i religijnej "Solidarności" lat 1980-81 - postępująca dechrystianizacja Europy wydaje się raczej historyczną anomalią. Na naszym kontynencie religijna i konserwatywna Polska jest wyjątkiem. Paradoksalnie jedną z przyczyn może być swoisty bunt przeciw kapitalizmowi. Wobec brutalności i szybkości przemian Kościół i tradycyjne, przesiąknięte wartościami wspólnoty z ich głębokimi więziami międzyludzkimi są światem pod wieloma względami bardzo atrakcyjnym. Mamy więc konserwatywną reakcję na kapitalizm? - To rzeczywiście paradoks. Bunt przeciw kapitalizmowi przyjmował zwykle język lewicy. Dziś język lewicy i język liberalny rozmijają się z wrażliwością bardzo dużej części społeczeństwa. Młodzi mówią: potrzebujemy rynku, ale odrzucamy to, co stało się ze stosunkami międzyludzkimi. Odrzucamy amnezję, aksjologiczną pustkę i wulgarność. Nadchodzą pierwsze wybory, w których będzie głosowało całe pokolenie wyżu demograficznego, w znacznej części konserwatywne i bardzo wierzące. Aż 60 proc. polskich dwudziestolatków regularnie chodzi do Kościoła. W Europie Zachodniej zaledwie kilka procent. Wybory zapewne wygra prawica. Czy to zapowiada utrwalenie jej dominacji na lata? - Pamiętajmy, że po zniknięciu z Sejmu AWS i Unii Wolności liczni obserwatorzy przewidywali co najmniej ośmioletnie rządy lewicy! Wiele się może zmienić. I to szybko, jeżeli prawica się skompromituje. Czy jednak nadchodzące konserwatywne pokolenie oburzone fatalnymi rządami SLD nie pójdzie na kolejną "wojnę kulturową", podobną do konfliktów o rozdział państwa i Kościoła czy aborcję z początku lat 90.? - Nie uważam, żeby istniało zagrożenie dla demokracji i dla modelu rozwojowego Polski. Na pewno nadejdzie reakcja na lata rządów SLD - zmiana języka, zmiana preferowanych przez władzę wartości i popularyzowanej wiedzy. Ulegną wzmocnieniu elementy patriotycznej i religijnej edukacji. Obchody rocznicy Powstania Warszawskiego i otwarcie Muzeum Powstania - niewątpliwy sukces Lecha Kaczyńskiego - traktowane są jako wzór ożywiania heroicznej przeszłości. Ale myślę też, że szybko nastąpi reakcja na wszelkie próby ideologizacji naszego życia publicznego. Zróżnicowane społeczeństwo nie da się podporządkować ideałom jednej orientacji politycznej. PiS chce utrzymać pewne formy interwencjonizmu państwa w sferze ekonomii i życia społecznego, dodając silną rolę państwa w sferze wartości i kształtowania postaw społecznych. W interpretacji Jana Rokity Platforma chce połączyć liberalizm ekonomiczny i społeczny z programem "interwencjonizmu aksjologicznego". Koncepcja zbliżona do tego, co realizował Ronald Reagan i co głoszą amerykańscy neokonserwatyści, odwracając tradycyjny liberalno-lewicowy model, w którym skłonność do interwencjonizmu ekonomicznego i społecznego łączyła się z wycofywaniem państwa ze sfery wartości, z tolerancją wobec zróżnicowania kultur, postaw i obyczajów. Szantaż moralny Czy liczne postulaty radykalnej dekomunizacji - np. delegalizacji SLD - nie podważają demokratycznego porządku? - To jest rewolucyjna gestykulacja bez większych konsekwencji. Dekomunizacja po 15 latach i wielu wyborach, w których byli aparatczycy PZPR i funkcjonariusze "państwa ludowego" często zwyciężali, nie może mieć społecznej legitymacji. Kogo jej rzecznicy chcą pozbawić m.in. biernego prawa wyborczego? Aleksandra Kwaśniewskiego? Polska i kawał świata pękną ze śmiechu! Byłego premiera Millera? Szmajdzińskiego? Janika? Oleksego, który i tak utraci część praw obywatelskich w przypadku potwierdzenia wyroku lustracyjnego? Byłego sekretarza KC PZPR Marka Króla z "Wprost"? Jedyna możliwa i potrzebna dekomunizacja może się dokonać w wyniku demokratycznej woli wyrażonej w wyborach, które zmiotą SLD i "pokolenie niewoli" z politycznej powierzchni ziemi. Obecna lustracja bez granic czyni tę hipotezę wielce nieprawdopodobną. Raczej przeciwnie, poczucie zagrożenia setek tysięcy czy nawet milionów ludzi związanych na różne sposoby biograficznie z PRL może przywrócić SLD do życia. Postulat delegalizacji SLD ma czysto symboliczne znaczenie. Trudno sobie wyobrazić, by mógł znaleźć akceptację Trybunału Konstytucyjnego. W miejsce SLD powstałby zresztą natychmiast np. SD - Sojusz Demokratyczny - albo SL - Sojusz Lewicy - i z lekko odnowionym przywództwem zbierałby rentę za "prześladowania" i "cierpienia". O grzechach przeszłości część społeczeństwa szybko zapomni. Czy ten interwencjonizm w sferę wartości nie zagraża demokracji? Komisje śledcze do każdej afery, komisja naprawcza "do wszystkiego" albo co najmniej do wszystkich prywatyzacji - jak w planach PiS i LPR, powołanie prokuratorów specjalnych - jak w planach PO. Takie pomysły rozmnożenia śledczo-wiwisekcyjnych uprawnień władzy w wielu krajach kończyły się źle, bo instytucje te nadmiernie rozszerzały swoje prerogatywy, były używane do obław na politycznych oponentów, jak np. prokurator Starr tropiący Clintona, i załamywały trójpodział władz. - Mój przyjaciel, z którym przez ostatnie 15 lat często w sprawach polityki się różniłem, powiedział mi ostatnio, że ze smutkiem i obrzydzeniem patrzy na to, co się dziś w Polsce dzieje. Ma świadomość krzywdy wyrządzanej wielu ludziom, ale równocześnie wie, że Polsce nic nie zagraża, bo jesteśmy już w spokojnym porcie, przycumowani do świata norm demokratycznych, do NATO i Unii Europejskiej. Z tej perspektywy trzeba patrzeć na różne zagrożenia. Możliwość wyrządzenia szkód oczywiście istnieje, ale jest dziś ograniczona. Mnożenie komisji nadzwyczajnych świadczy o dysfunkcji systemu władzy w Polsce i o gorącej atmosferze przedwyborczej. Sądzę jednak, że po rytuale rewolucyjnych gestów dowodzących, że "przyszło nowe", szybko objawią się granice racjonalnych zmian. Na prawicy jest wystarczająco wielu rozsądnych ludzi, którzy wiedzą, że problemów państwa nie rozwiązuje się błyskotkami i kozłami ofiarnymi, nawet czerwonymi. Żeby uniknąć losu AWS i SLD, będą musieli sprawdzić się w rozwiązywaniu złożonych problemów coraz bardziej nowoczesnego kraju. I to ma być odpowiedź na plany prawicowej rewolucji? - Trzeba odróżnić retorykę prawicy, która często budzi niepokój, od projektów zmian, wśród których jest wiele rozsądnych i koniecznych. Każda władza przynosi pewien typ zagrożeń. Można je zwalczać, jeżeli zdefiniuje się je realistycznie, koncentrując uwagę na tym, co może zagrozić chaosem, głębokimi podziałami społecznymi, narazić na szwank normy państwa prawa. Czernomyrdin [rosyjski premier z czasów Jelcyna - red.] mówił o Rosji: "Miało być dobrze, a jest jak zawsze". U nas bywa zwykle odwrotnie: ludzie straszą i przewidują najgorsze rzeczy, a potem jest tak, jak jest. Oby było choć trochę lepiej, jeżeli chodzi o stan państwa. Niepokoi mnie, że na prawicy najbardziej dynamiczna wydaje się Liga Polskich Rodzin. Logika rywalizacji o głosy na prawicy oraz oportunizm mogą mieć poważne następstwa. Giertych jako pierwszy rzucił hasło lustracji bez granic. Bezkarnie postanowił zlustrować w komisji Orlenu ludzi, którzy nic ze sprawą nie mieli wspólnego. Giertych też rozpoczął kampanię antyeuropejską, do której dołączali inni. Prawica jest wroga Unii, eurosceptyczna czy eurogrymasiasta, chociaż społeczeństwo jest w zdecydowanej większości za unijną Europą! Takich ostentacyjnych i nerwowych reakcji w naszej polityce zagranicznej jest więcej. Należy do nich sprawa tzw. polskich obozów koncentracyjnych. Tych sformułowań, które pojawiły się w niektórych gazetach zachodnich, nie wolno tolerować. Trzeba na nie odpowiadać organizowaniem presji, wytaczaniem procesów, pisaniem listów protestacyjnych. Ale w Polsce tworzy się psychozę zagrożenia, którego nie ma. Eksponuje się te głupstwa w głównym dzienniku publicznej telewizji, gdy większość prasy światowej pisze o Polsce bardzo pochlebnie. Nawet "Gazeta" poddała się moralnemu szantażowi. Zauważyliście to, co pisał o "polskich obozach" jakiś "Seattle Times", a nie wydrukowaliście sto razy - tysiąc razy! - ważniejszego przemówienia w rocznicę oswobodzenia Auschwitz wygłoszonego w Bundestagu przez kanclerza Niemiec, który bił się w piersi narodu niemieckiego. Myśmy to cytowali. - To była mała notatka. "Gazeta" powinna przywracać miarę rzeczom. Prezydent Niemiec wygłosił w Izraelu piękne i ważne przemówienie o winie swojego kraju. U nas przeszło bez echa. A przecież trudno o lepsze lekarstwo na strachy tych, którzy boją się, że jakieś pismaki obciążą Polskę zbrodniami hitlerowskich Niemiec. Mieliśmy kilkanaście wspaniałych lat. Udało nam się bez kompleksów, jak równi z równymi, ułożyć stosunki z siedmioma nowymi, często trudnymi sąsiadami. Polska pozycja w świecie od 300 lat nie była tak dobra jak obecnie. Wszyscy w Europie mają świadomość, że Polska jest nowym, ważnym podmiotem polityki europejskiej. I właśnie w tym momencie powracają demony przeszłości: narodowe kompleksy z domieszką defensywnego nacjonalizmu. Polityka strachu - która przejawia się i w lustracji bez granic, i w rozdymaniu znaczenia jakiejś Eriki Steinbach, i w histerycznej kampanii wokół "polskich obozów" - zdaje się zastępować politykę godności i spokojnej pewności siebie. Nie mogę zrozumieć, skąd to się bierze. Może to objawy paniki nieprzygotowanych elit w obliczu wyzwań, przed którymi stoi nasz kraj? Czy to strach przed upokorzeniem w połączeniu z polską dumą przeradza się w różne formy agresji? Skoro jest tak dobrze, to co prawica może popsuć? - Boję się ucieczki od rzeczywistości, ucieczki w rewolucyjną retorykę i w jakobińskie gesty, gdy sytuacja Polski, choć nie polskie nastroje, jest coraz lepsza. Oczywiście, państwo i polityka pozostają piętą Achillesa i wymagają naprawy. Boję się też ucieczki od rzeczywistości w polityce zagranicznej. Mieliśmy tego dowody - na lewicy i na prawicy - w ciągu ostatnich dwóch lat. Ścisłe związki z Ameryką są dla nas ogromnie ważne, ale trzeba pamiętać, że 95 proc. polskich interesów leży w Europie. Przyszłość Europy jest więc podstawową polską sprawą wewnętrzną. Powinniśmy być zainteresowani daleko idącą integracją polityczną Europy, umacnianiem wspólnej polityki zagranicznej i obronnej - jako uzupełnieniem nie alternatywą dla NATO. Mam nadzieję, że rządy prawicowe będą realizowały tę politykę. Niestety, pewności nie mam. Ważne jest, by elity, które dojdą do władzy, myślały nie tylko w kategoriach "my, Polacy", ale również "my, Europejczycy" i oczywiście "my, wspólnota euroatlantycka". Ten program pasuje bardziej do politycznego centrum. Czy jest jakaś recepta na jego polityczne zmartwychwstanie? - Nie, to jest program również dla rozsądnej prawicy i rozsądnej lewicy. W polityce zagranicznej nie powinno być podziałów partyjnych. Siły centrowe, które były motorem przemian lat 90. - do tego mgliście zarysowanego obozu zaliczam "Gazetę" - są obecnie w sytuacji paradoksalnej. Swoje osiągnięcia Polska w dużym stopniu zawdzięcza temu obozowi. Ale ludzie traktują zdobycze ostatniego 15-lecia jako dane i oczywiste. Przy dzisiejszych wyborach nie ma powodu uwzględniać przeszłych zasług. Dziś widzą przede wszystkim objawy deprawacji. Takie słowa jak "rozsądek", "umiar", przyjmowanie belferskiego tonu i ostrzeganie przed nieodpowiedzialnością innych rażą ludzi młodych - i nie tylko młodych - którzy chcą wykrzyczeć protest. Podejmując dzisiaj rozmowę ze społeczeństwem, nie można mówić, jak wielkie są osiągnięcia, choć prawdziwe, bo to tylko wzbudza agresję. Trzeba umieć połączyć w przekonywający sposób wrażliwość na ból z racjonalnym programem naprawy państwa i zapewnieniem sprawiedliwości dla Polaków. Czy to znaczy, że jesteśmy postrzegani jako wspólnicy w budowie systemu korupcji?! - Bardzo wielu ludzi dobrej woli tak właśnie myśli. Tym bardziej oczywiście przeciwnicy. Prawica próbuje zniszczyć historyczny środek. To zemsta za upokorzenia 15 lat, gdy poza krótkim nawiasem rządu Jana Olszewskiego oraz doświadczeniem AWS prawica była odsunięta od władzy. Hasło budowy IV Rzeczypospolitej dobrze oddaje psychologiczne wyobcowanie jej i grupy sfrustrowanych inteligentów. Przekreślić przeszłość! Choćby symbolicznie! Również SLD niszczy środek, choć w inny sposób. Józef Oleksy, który do niedawna bronił Polski Ludowej i oskarżał "Solidarność" o złamanie umowy Okrągłego Stołu, gdy przejmowała władzę, dziś równie zażarcie broni III Rzeczypospolitej. Uwiarygodnia to oskarżenie, że III Rzeczpospolita to w istocie "PRL plus". Jesteśmy w krainie czystego absurdu, który nam fundują ci z prawa i ci z lewa. Równowagę psychiczną pozwala zachować wewnętrzne przekonanie, że się dobrze służyło dobrej sprawie, spojrzenie obcych widzących w Polsce poważny europejski kraj, który dokonał w ciągu 15 lat rzeczy wielkich. No i oczywiście obiektywne wskaźniki pokazujące, że Polska posuwa się w jednym kierunku - do przodu. Rozmawiali PIOTR STASIŃSKI I ADAM LESZCZYŃSKI * Aleksander Smolar - politolog, prezes Fundacji im. Stefana Batorego, pracownik naukowy francuskiego Centre National de la Recherche Scientifique
data publikacji 29 03 2005 powrót do Archiwum >
close